Wstałem rano z myślą, która w mojej głowie urosła do rangi rozkazu: muszę dziś wjechać na Skrzyczne.
No i nie było innej opcji – spakowałem sprzęt i ruszyłem w stronę Buczkowic, skąd rozpocząłem swoją trasę na najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego – Skrzyczne (1257 m n.p.m.).
Trasę miałem już rozpracowaną, bo przecież nie raz ją przejeżdżałem, ale tym razem zabrałem kamerę. Chciałem, żebyście mogli poczuć to, co ja – pot, wysiłek i widoki.

Pierwsze kilometry to dojazdówka z Buczkowic do Lipowej – około 10 km i niecałe 200 m przewyższenia. Asfalt, spokój, panorama gór. Taki rozgrzewkowy etap, który pozwala przygotować się przed właściwą wspinaczką.

Kiedy dotarłem do Lipowej i znalazłem się w Dolinie Zimnika, zaczął się prawdziwy podjazd. Zaletą tej trasy jest to, że jest stosunkowo łagodna. Dobra droga, mało turystów, spokojniejszy klimat niż od strony Szczyrku.
Oczywiście można wjechać też właśnie od strony Szczyrku – tam jest trudniej, ale i bardziej spektakularnie. No i da się wjechać kolejką, choć to jak kupowanie gotowej pizzy, kiedy można zrobić ją samemu. 😉
Warto choć raz zmierzyć się z tą górą o własnych siłach.

Od Zimnika do szczytu miałem do pokonania około 770 m przewyższenia, nie licząc dojazdu. To całkiem sporo, ale droga była w porządku, a pogoda dopisała.
Gdy dobiłem do około 1000 m, przyszedł mały kryzys – klasyka. Ale szybko minął, bo las się przerzedził i można już było podziwiać szerokie panoramy okolicznych gór.

Gdyby trzymać się tej drogi to przejechalibyśmy pod Małym Skrzycznem , ale odbiłem w prawo – w stronę Dużego Skrzycznego.
Ostatni fragment to raczej spacer z rowerem niż jazda. Kamieniste podejście wymaga prowadzenia, ale na szczęście nie trwa długo. Po chwili znów wsiadłem na rower i dojechałem do schroniska na Skrzycznem.
Chwila na oddech, coś do przekąszenia i czas przygotować się – mentalnie i fizycznie – do zjazdu.

Skrzyczne to prawdziwy symbol Beskidu Śląskiego. Góra góruje nad Kotliną Żywiecką, a charakterystyczny 87-metrowy maszt RTV sprawia, że widać ją z odległości nawet 70 kilometrów.
Na samej polanie szczytowej stoi posąg żaby, który nawiązuje do lokalnej legendy o pochodzeniu nazwy góry.
Według opowieści „Skrzyczne” wzięło się od skrzyczenia żab, które miały zamieszkiwać staw znajdujący się między Małym a Dużym Skrzycznem. Dziś stawu już nie ma, ale legenda przetrwała.

Zjazd zaplanowałem trasą Hip-Hopa – średnio trudną ścieżką MTB, podzieloną na dwa etapy.
Pierwsza część, Hip Hopa Air, ma około 2300 metrów długości i 200 metrów zjazdu, prowadzących do Hali Skrzyczeńskiej.
Trasa jest przyjazna – można ją przejechać bez skakania, idealna dla tych, którzy chcą poczuć trochę adrenaliny, ale bez przesadnego ryzyka.

Drugi odcinek – Hip Hopa Flow – to już ponad 5,5 kilometra w dół, z około 420 m przewyższenia, prowadzący aż do Szczyrku, do dolnej stacji kolejki.
Trasa jest utwardzona, kręta, z bandami, drewnianymi kładkami i fragmentami, które wymagają koncentracji. Została zaprojektowana z myślą o początkujących i średniozaawansowanych rowerzystach, choć pewne doświadczenie w zjazdach bardzo się przydaje.
Jeżeli miałby to być Wasz pierwszy w życiu zjazd – lepiej odpuśćcie. Są lepsze trasy na pierwszy raz.


Mój zjazd obył się bez gleby (choć parę momentów było), ale palce od ciągłego hamowania dały o sobie znać.

Po zjeździe dotarłem do dolnej stacji gondoli, potem już główną drogą w stronę centrum Szczyrku. Po drodze zahaczyłem jeszcze pod kolejkę na Jaworzynę, a następnie ścieżką rowerową nad Żylicą wróciłem do Buczkowic, do auta. Była to świetna wycieczka. Pogoda mi dopisała i na pewno mogę zaliczyć ten dzień do udanych. Poniżej macie relację video i gpx z trasy.
