Czterdzieści kilometrów wzdłuż rzeki, beskidzkie krajobrazy i szlak, o którym mówi pół rowerowego internetu. Velo Soła – jedni nazywają ją perełką, inni rozczarowaniem. Wskakujemy na rowery i jedziemy sprawdzić, jak jest naprawdę.

Oficjalny początek szlaku znajduje się w parku w Rajczy, tuż obok stacji kolejowej Rajcza Centrum. To duży plus.
Pierwsze kilometry naprawdę robią dobre wrażenie. Jedziemy wzdłuż rzeki Soły, delikatnie z górki, w otoczeniu beskidzkich szczytów. Oznakowanie jest czytelne – pomarańczowe tabliczki z numerem 611 regularnie pojawiają się na trasie, a czasem nawet informują o odległościach do kolejnych miejscowości. Nawet jeśli korzystacie z nawigacji, takie drogowskazy w terenie są bardzo pomocne.

Trasa liczy około 40 kilometrów i w założeniu ma być dostępna także dla rodzin z dziećmi. Rzeczywiście – przez sporą część szlaku jedzie się lekko i przyjemnie.

W praktyce Velo Soła nie powstała jako zupełnie nowa infrastruktura. To raczej sprytne połączenie już istniejących deptaków, ścieżek i lokalnych dróg w jeden oznakowany ciąg rowerowy wzdłuż Soły.

Czy to wada? Niekoniecznie.
Dzięki temu powstał spójny, logiczny szlak prowadzący przez kilka miejscowości Beskidu Żywieckiego aż do Jeziora Żywieckiego. Dla wielu osób może to być świetny sposób na spokojną, jednodniową wycieczkę z widokami.


Do Węgierskiej Górki jedzie się bardzo przyjemnie. Bulwary nad Sołą, góry wokół, rzeka obok – naprawdę trudno narzekać.

Problemy zaczynają się za Cięciną. Znikają wydzielone drogi rowerowe i wjeżdżamy na drogi publiczne. W niedzielę ruch był niewielki i przejazd nie sprawiał większego dyskomfortu. Ale łatwo sobie wyobrazić, że w godzinach szczytu sytuacja może wyglądać trochę inaczej.
Są też fragmenty polne i leśne – ciekawe krajobrazowo, ale mniej komfortowe. Osoby jadące z przyczepkami dziecięcymi mogą mieć tu trudniej.

I właśnie tu zaczyna się rozumieć sceptyków tej trasy. Standard nie jest równy na całej długości.
Po drodze zrobiliśmy małe odbicie do Browaru Pinta – miejsca kultowego dla fanów piw rzemieślniczych. To właśnie oni zapoczątkowali w Polsce rewolucję kraftową swoim słynnym „Atakiem Chmielu”.

To dobry punkt na przerwę – można coś zjeść, napić się kawy (albo czegoś bardziej kraftowego) i chwilę odpocząć przed dalszą jazdą.
W Żywcu trasa znowu nabiera jakości. Pojawiają się ścieżki rowerowe, mosty nad Sołą, ładne krajobrazy. Jedzie się naprawdę dobrze i widać wyraźną różnicę w stosunku do poprzedniego odcinka.


Meta nad Jeziorem Żywieckim to bardzo przyjemne zakończenie wycieczki. Widoki potrafią tu zrobić wrażenie.


Warto jednak pamiętać, że szlak formalnie kończy się nad jeziorem. Jeśli planujecie powrót pociągiem, trzeba doliczyć jeszcze około 10 kilometrów do dworca w Żywcu. Przy okazji można zajrzeć na rynek lub do Parku Zamkowego.
Jedna rzecz skłania do refleksji. Spora część Velo Soła prowadzi po wspólnych ciągach pieszo-rowerowych. Z perspektywy pieszego rozpędzony rower, szczególnie elektryczny może być po prostu stresujący i niebezpieczny.
I tu pojawia się pytanie – czy szlak rowerowy nie powinien jednak być wyraźnie oddzielony od przestrzeni spacerowej?
Jechać czy nie?
Nasza odpowiedź brzmi: jechać.
Velo Soła nie jest idealna. Ma słabsze fragmenty, nierówny standard i kilka odcinków drogowych, które nie każdemu przypadną do gustu. Ale ma też piękne widoki, przyjemny profil trasy i świetny beskidzki klimat.
Na spokojną, widokową wycieczkę około 40 kilometrów + 10 na dojazd do dworca – to naprawdę dobra propozycja.
Poniżej gpx z trasy i relacja video.
