Wietnam od dawna chodził nam po głowie. Kojarzył się z polami ryżowymi, wapiennymi górami, tysiącami skuterów i małymi wioskami, w których życie toczy się zupełnie inaczej niż u nas. W końcu postanowiliśmy sprawdzić, jak ten kraj wygląda z wysokości rowerowego siodełka.
Przylecieliśmy do Hanoi, skąd z rowerami podjechaliśmy do Hoa Binh. Tam spędziliśmy pierwszą noc, a następnego ranka, po obowiązkowej misce zupy pho, ruszyliśmy w trasę. Pierwsze kilometry od razu zrobiły na nas wrażenie. Bananowce przy drodze, niewielkie domy, skutery i ludzie, którzy często uśmiechali się do nas albo machali ręką.

Pierwszy dzień prowadził wzdłuż jeziora Hoa Binh. Szybko odkryliśmy przy okazji, że na wietnamskiej prowincji znalezienie jedzenia w środku dnia wcale nie musi być proste. Restauracje były, ale wiele z nich działało głównie rano i wieczorem. W końcu uprosiliśmy jedną z właścicielek, żeby przygotowała nam cokolwiek. Powiedziała, że ma kurę i ryż. Brzmiało dobrze, dopóki na stole nie pojawiła się właściwie cała kura, razem z głową i łapami. Sam ptak też chyba pierwszej młodości już nie był, ale byliśmy tak głodni, że specjalnie nam to nie przeszkadzało.

Naszym planem było przepłynięcie na drugą stronę jeziora Hoa Binh. Nie wiedzieliśmy do końca, czy zaznaczona na mapie przeprawa faktycznie istnieje i czy zabiorą nasze rowery, ale postanowiliśmy sprawdzić. Udało się bez problemu. Po chwili płynęliśmy małym promem pomiędzy zielonymi górami wyrastającymi z wody.

Wieczorem zaczęliśmy szukać miejsca pod namiot. Przy niewielkim pensjonacie zapytaliśmy, czy możemy rozbić się gdzieś w pobliżu. Pracownik zaproponował jednak coś znacznie lepszego – podest widokowy nad jeziorem. Namioty stanęły więc z pięknym widokiem na Hoa Binh.

Wieczór byłby idealny, gdyby Wojtek nie odkrył, że zgubił śpiwór. Najprawdopodobniej został w hotelu, z którego rano wyjechaliśmy. Mimo telefonów nie udało się go odzyskać. Na szczęście nocą było około 18 stopni, więc pożyczony koc wystarczył. Następnego ranka właściciel pensjonatu zaprosił nas na śniadanie, a kiedy chcieliśmy zapłacić za jedzenie, odmówił. Było to nasze pierwsze wyraźne spotkanie z wietnamską gościnnością.

Kolejne dni prowadziły nas w stronę Mai Chau. Przybywało pól ryżowych, góry podchodziły coraz bliżej drogi, a krajobraz coraz bardziej przypominał Wietnam, który znaliśmy wcześniej tylko ze zdjęć. Poza większymi miejscowościami samochodów było niewiele, więc jechało się naprawdę przyjemnie.

Znacznie trudniejsze okazało się znalezienie miejsc na biwak. Jeśli teren był płaski, zwykle znajdowało się tam pole ryżowe. Jeśli nie było pola, stał dom albo zaczynała się gęsta roślinność. Któregoś wieczoru udało nam się jednak znaleźć świetne miejsce pomiędzy bananowcami, z widokiem na tarasy ryżowe. Rano nad doliną wisiała mgła, pola ciągnęły się poniżej, a góry znikały w chmurach. Dla takich chwil warto wozić ze sobą cały biwakowy sprzęt.

Na trasie trafił się też jeden konkretny podjazd – około 500 metrów przewyższenia i miejscami naprawdę stromo. Z sakwami szybko zaczęliśmy odczuwać każdy kilogram bagażu, ale widoki wynagradzały wysiłek. Po drugiej stronie czekał długi zjazd przez jedne z najładniejszych terenów całej wyprawy.

Ciekawym doświadczeniem okazała się komunikacja z mieszkańcami. Przed wyjazdem byliśmy przekonani, że Google Translate rozwiąże większość problemów. Nie rozwiązał. Najlepszy przykład mieliśmy podczas szukania miejsca na nocleg w jednej z wiosek. Znaleźliśmy niewielki lasek i chcieliśmy tylko zapytać, czy możemy rozbić tam namioty na jedną noc. Po chwili wokół nas stało już kilka osób, wszyscy czytali tłumaczenie i dyskutowali, ale nikt nie wiedział, o co nam chodzi. Dopiero kiedy pojawił się ktoś mówiący trochę po angielsku, cała sprawa została załatwiona w kilka sekund. Wieczorem przychodziły do nas dzieciaki, oglądały rowery i namioty, a nawet przynosiły słodycze. Najwyraźniej byliśmy tego dnia lokalną atrakcją.

Wietnam cały czas podrzucał nam podobne drobne historie. Pewnego wieczoru rozbiliśmy się na polu, które wyglądało odludnie i spokojnie. O piątej rano obudziły nas skutery i ciężarówka. Okazało się, że śpimy na polu trzciny cukrowej dokładnie w dniu zbiorów. Nikt nie miał do nas pretensji, a jedna z pracujących kobiet dała nam nawet kawałek świeżo ściętej trzciny do spróbowania. Gdybyśmy nocowali w hotelu, prawdopodobnie nigdy nie zobaczylibyśmy takiego poranka.

Po kilku dniach dotarliśmy do Ninh Binh. Po nocach w namiotach hotel w Tam Coc z prysznicem, łóżkiem i basenem wydawał się prawdziwym luksusem. Samo Ninh Binh okazało się jednym z największych krajobrazowych hitów całej wyprawy. Z płaskiego terenu wyrastają tam ogromne wapienne skały, pomiędzy którymi ciągną się pola ryżowe i rzeki. Pogoda nie była najlepsza – chmury wisiały nisko, a drugiego dnia padało – ale nawet w takich warunkach okolica zrobiła na nas ogromne wrażenie.


Z Ninh Binh pojechaliśmy autobusem na Cat Ba. Kiedy autobus wjechał na prom, uznaliśmy, że dalsza jazda nim nie ma sensu. Wyciągnęliśmy rowery i ruszyliśmy przez wyspę sami. Wieczorem znaleźliśmy plażę i rozbiliśmy namioty nad samym Morzem Południowochińskim.

Rano podjechał do nas starszy mężczyzna na rowerze. Miał na imię Haj i trochę mówił po angielsku. Po krótkiej rozmowie zapytał, czy jesteśmy głodni, a kiedy odpowiedzieliśmy, że tak, zaprosił nas do swojego domu na śniadanie. Okazało się, że sam jest zapalonym rowerzystą. Kiedy zapytaliśmy go o jakąś ładną plażę, wsiadł na rower i po prostu nas tam zaprowadził i wrócił do domu. My zostaliśmy na plaży otoczonej wapiennymi skałami i łodziami. Wykąpaliśmy się w morzu, a wieczorem wróciliśmy tam jeszcze na kolejny nocleg. To była wyjątkowo przyjemna miejscówka.

Haj poradził nam również, żeby zamiast wykupywać drogi rejs po zatoce Ha Long, pojechać na północ Cat Ba i przeprawić się zwykłym promem. Posłuchaliśmy go i miał rację. Nie dość że jazda przez wyspę, przez park narodowy Cat Ba była wyjątkowo atrakcyjna to przeprawa promem również wystarczyła żeby poczuć klimat zatoki Ha Long. Prom płynął około godziny, a dookoła przez cały czas pojawiały się charakterystyczne wapienne wyspy wyrastające z wody.

Po przeprawie pojechaliśmy jeszcze pozwiedzać Bai Chay turystyczną dzielnicę Ha Long, a następnie autobusem wróciliśmy do Hanoi. Wieczorem wybraliśmy się na słynną Train Street i mieliśmy szczęście zobaczyć pociąg przejeżdżającą tuż obok stolików ustawionych przy torach.

Następnego ranka zostało nam jeszcze około trzydziestu kilometrów do lotniska. Początkowo myśleliśmy o transporcie, ale po kilkunastu dniach ruch Hanoi nie wydawał się już tak chaotyczny jak na początku. Wsiedliśmy więc na rowery i pojechaliśmy, przejeżdżając jeszcze przez starszą część miasta.

Wietnam wyjątkowo dobrze sprawdził się jako kraj na wyprawę rowerową. Drogi były w większości bardzo dobre, poza większymi miastami ruch samochodowy niewielki, a marcowa temperatura idealna do jazdy. Praktycznie nie dokuczały nam komary ani inne owady, nie spotkaliśmy też żadnych niebezpiecznych zwierząt. Nawet psy w wioskach, które potrafią napsuć krwi, tutaj zazwyczaj patrzyły na nas z kompletną obojętnością.
Czy pojechalibyśmy tam ponownie z rowerami? Bez większego zastanowienia.
Więcej w naszej relacji video poniżej.









































































































