
Nasza przygoda z Gruzją zaczęła się na lotnisku w Kutaisi, którego szklana fasada wyglądała, jakby przypadkiem trafiła do krainy winnic. To właśnie Imeretia – jeden z najbardziej urodzajnych regionów kraju, słynący z wina, owoców i wyjątkowej gościnności. Wylądowaliśmy z kartonami rowerowymi zamiast walizek – Mirek, Wojtek i Tomek, gotowi na tygodniową wyprawę przez Swanetię.

Ruszając przez Imeretię, trafiliśmy do świata zupełnie innego tempa. Drogi prowadziły przez sady, pastwiska i wioski, gdzie świnie i krowy były stałym elementem infrastruktury. W Choni zjedliśmy nasze pierwsze chinkali – gruzińskie pierogi wypełnione rosołem – i chleb wypiekany w glinianym piecu toné. Prosty, a jakże esencjonalny start.

Gruzja, poza kuchnią, od tysięcy lat słynie także z wina. Naukowcy uznają dzisiejsze tereny Gruzji za kolebkę winiarstwa – pierwsze dowody na produkcję wina pochodzą sprzed ponad 8000 lat! Do dziś wielu gospodarzy używa tradycyjnych glinianych amfor – kwewri – zakopywanych w ziemi, by wino dojrzewało w naturalnych warunkach.
Marzyliśmy o spróbowaniu takiego domowego trunku. Wypytując w jednej z wiosek o możliwość zakupu wina, jeden z mieszkańców zaprosił nas do siebie na degustację. Nie trzeba było nas długo namawiać.

Wieczór okazał się magiczny. Gospodarze przywitali nas serdecznie – stół pod drzewem, chaczapuri, świeże zioła i butelki wypełnione winem domowej roboty. Dołączył dziadek z bębenkiem, babcia z instrumentem przypominającym gitarę. Śpiewaliśmy, uczyliśmy się gruzińskich pieśni, zapisywaliśmy refren fonetycznie. Przeżycie, które zostaje w sercu.

Nocleg na polanie po tej gruzińskiej biesiadzie był spokojny, ale poranek – trudny. Zorientowaliśmy się, że nie mamy ani kropli wody. Bidony puste, sakwy zawierały jedynie… dwa litry pożegnalnego wina od gospodarzy.

Z trudem ale dotarliśmy do Lentekhi – ostatniego punktu cywilizacji przed wejściem w góry. Zjedliśmy najlepsze chaczapuri na całej trasie, zrobiliśmy duże zakupy i ruszyliśmy dalej.

Kolejny nocleg znaleźliśmy u gospodarza, który miał… 15-metrowy pomnik Stalina w ogrodzie. Jak się okazało, jego brat był profesorem historii i autorem książek o Józefie Wissarionowiczu. Typowo gruzińska kombinacja gościnności, absurdu i historii.

Kolejnego dnia zaczęła się prawdziwa wspinaczka. Asfalt ustąpił miejsca błotnistym koleinom. Padało. Rowery brnęły przez wodę i kamienie. Po całym dniu walki z terenem dotarliśmy na wysokość 2000 m n.p.m., gdzie rozbiliśmy obóz. Miejsce miało niepokojącą aurę – ciężką, milczącą – ale oferowało płaskie miejsce na namioty i suche drewno na ognisko.

Rano powitało nas słońce. Zostawiliśmy za sobą chmury i mgłę, a przed nami otworzył się najpiękniejszy widok całej wyprawy. Zielone zbocza, serpentyny wijące się w górę, cisza i przestrzeń. Asfaltu brak, ale droga prowadziła nas coraz bliżej przełęczy.

I nagle – śnieg. Na 2400 metrach, przed samą przełęczą Zagar, szlak zamienił się w białą pokrywę. Nie było mowy o jeździe – rowery trzeba było pchać przez zaspy. Na szczęście po kilkuset metrach trasa została odśnieżona przez spychacz i mogliśmy kontynuować jazdę. W końcu dotarliśmy na przełęcz. Stanęliśmy na 2623 metrach nad poziomem morza – dachu tej wyprawy.

Zjazd był zupełnie inny – lodowaty deszcz, błoto, marznące ręce. Po godzinie tej walki, kompletnie przemoczeni i przemarznięci, dotarliśmy do Ushguli – najwyżej położonej, stale zamieszkanej wsi w Europie, wpisanej na listę UNESCO. Miejsce jak z baśni – kamienne wieże, surowy krajobraz. Stwierdziliśmy, że musimy wziąć jakąś kwaterę, żeby wysuszyć ubrania i odpocząć przed dalszą drogą.

Droga do Mestii była wymagająca – błoto, kamienie, zimno – ale piękna. No i jechaliśmy głównie w dół. Miasto zaskoczyło swoją skalą – centrum Swanetii, z dziesiątkami kamiennych wież obronnych, z których część ma ponad 1000 lat. Wieże te służyły rodzinom jako schronienie przed najazdami, a także jako ochrona w czasach obowiązywania prawa zemsty, które w Swanetii jeszcze w XX wieku było uznawaną normą społeczną.

Potem przyszedł 140-kilometrowy zjazd do Zugdidi. Pogoda dopisała – nie padało a to wystarczy. Wspaniałe widoki, rzeka Enguri towarzyszyła nam przez większość drogi.

Ostatni dzień spędziliśmy w Batumi – nowoczesnej metropolii na wybrzeżu Morza Czarnego. Ścieżki rowerowe, palmy, wieżowce, plaża. Zanurzyliśmy się w morzu, zjedliśmy chinkali z widokiem na port, a wieczorem – obejrzeliśmy mecz Polska–Irlandia Północna w barze, popijając piwo i chrupiąc orzeszki.


Do Kutaisi wróciliśmy pociągiem. Podróż – cztery godziny spokojnych rozmów i wspomnień.
Gruzja zatoczyła koło. Nie była idealna. Była prawdziwa. Ze śniegiem, błotem, biesiadami, czaczą i śpiewem. I właśnie dlatego zostaje z nami na zawsze.
Poniżej do pobrania nasza trasa w formacie gpx i relacja video.
