Szlak Liczyrzepy

Są takie trasy, które kiełkują w głowie powoli. Najpierw jako luźna myśl, potem jako plan, aż w końcu zamieniają się w konkretną datę w kalendarzu. Dla mnie jedną z nich był Szlak ER-2, znany także jako Szlak Liczyrzepy. To około 160 kilometrów jazdy przez Karkonosze i Góry Izerskie, z najwyższym punktem na wysokości 1061 metrów nad poziomem morza.

Choć oficjalny początek szlaku znajduje się nieco dalej, swoją wyprawę rozpocząłem w Boguszowie-Gorcach. Głównie z powodów logistycznych. Dojazd pociągiem jest prosty, a przy podróży z sakwami ma to ogromne znaczenie. Początek trasy był dość spokojny, ale im dalej jechałem, tym wyraźniej czułem, że wjeżdżam w prawdziwe góry.

Po pierwszym większym podjeździe dotarłem do Chełmska Śląskiego, miejsca, które kompletnie mnie zaskoczyło. Trafiłem tam na słynnych Dwunastu Apostołów, czyli zabytkowy rząd drewnianych domów tkaczy z XVIII wieku. Dziś pozostało ich jedenaście, bo jeden, nazywany Judaszowym, spłonął. Całość ma niesamowity klimat i zupełnie nie dziwi mnie, że przyciąga coraz więcej turystów.

Skoro to Szlak Liczyrzepy, warto na chwilę zatrzymać się przy jego patronie. Liczyrzepa, to postać z karkonoskich legend. Dawniej przedstawiany był jako straszydło, pół jeleń, pół demon, z rogami i oślim ogonem. Dziś funkcjonuje raczej jako opiekun gór i zagubionych wędrowców. I choć nie spotkałem go po drodze, to podczas długich, cichych podjazdów naprawdę można odnieść wrażenie, że ktoś tu cały czas patrzy z boku.

W okolicach zalewu Bukówka przejeżdżałem przez Góry Krucze, będące częścią Gór Kamiennych, a potem zacząłem właściwą wspinaczkę w Karkonosze. Tego dnia udało mi się dojechać dość wysoko, bo szukałem płaskiego miejsca na nocleg. Po kilku próbach w końcu znalazłem dobre miejsce pod namiot.

Kolejny dzień zaczął się ostrym podjazdem. Momentami było na tyle stromo, że musiałem zejść z roweru i go prowadzić. Przez długi czas jechałem w lesie, ale gdy dotarłem odpowiednio wysoko, drzewa zaczęły się przerzedzać, a przede mną otworzyły się widoki. Wtedy poczułem, że jestem dokładnie tam, gdzie chciałem być.

W końcu osiągnąłem najwyższy punkt trasy, około 1061 metrów nad poziomem morza, a zaraz potem rozpoczął się długi zjazd w kierunku Karpacza. Był to prawdziwy oddech po całym dniu wspinaczki. W Karpaczu zrobiłem zakupy, zjadłem obiad i uznałem, że zamiast szukać noclegu na dziko, wybiorę pole namiotowe.

Następnego dnia ruszyłem dalej i po drodze odwiedziłem świątynię Wang. To unikatowy drewniany kościół, który w 1842 roku został przeniesiony z Norwegii, z miejscowości Vang. Budowla, mimo że bardzo popularna wśród turystów, robi ogromne wrażenie.

Z Karpacza zjechałem do Borowic. Właśnie stąd prowadzi droga na Przełęcz Karkonoską, najwyżej położoną asfaltową przełęcz dostępną dla rowerzystów w Polsce, na wysokości 1197 metrów. Brzmi kusząco, ale z sakwami byłoby to już zbyt ambitne. Za to zupełnie niespodziewanie trafiłem na lapońską wioskę Kalevala. Sauna, renifery, pokazy zorzy polarnej. Prawie jak Finlandia w środku Sudetów. Kompletnie nie zauważyłem tego miejsca podczas planowania trasy.

Kilka kilometrów dalej czekała zaplanowana atrakcja, czyli zjazd jednym z lokalnych singletracków. Wybrałem trasę Czart, techniczną i wymagającą, ale przejezdną przy odrobinie rozsądku. Potem już łagodniejszy Skrzat i powrót na główny szlak, którym dojechałem do Szklarskiej Poręby.

Na noc zatrzymałem się na kempingu Pod Mostem. Wieczorem można tam posłuchać opowieści właściciela, zwanego Wodzem, alpinisty i podróżnika. Chętnie rozbiłbym się gdzieś na dziko, ale obawiałem się, że nie znajdę po drodze sensownego miejsca.

Kolejnego dnia ruszyłem w stronę miejsca, na którym najbardziej mi zależało podczas tej wyprawy, czyli Gór Izerskich. Przez chwilę musiałem jechać główną drogą, ale ruch był niewielki. Na Polanie Jakuszyckiej trwały już przygotowania do sezonu narciarskiego, a ja skręciłem w las i zanurzyłem się w izerski klimat.

Pierwszym przystankiem było schronisko Orle, dawna osada hutnicza, dziś pełniąca rolę stacji turystycznej. Latem działa tu pole namiotowe, zimą to baza narciarzy biegowych.

Chwilę później dotarłem nad rzekę Izerę, która wyznacza granicę z Czechami. Wokół rozciągają się torfowiska Doliny Izery, teren chroniony, o roślinności przypominającej syberyjską tundrę. Nawet latem zdarzają się tu przymrozki. Miałem ogromne szczęście do pogody i jazda przez ten fragment była czystą przyjemnością. Byłem w Izerach już kilka razy, wiele lat temu, i muszę przyznać, że absolutnie mnie nie zawiodły.

Na Hali Izerskiej zatrzymałem się przy Chatce Górzystów, schronisku słynącym z naleśników. Tym razem kolejka okazała się zbyt długa. Co ciekawe, obiekt nie ma prądu, ponieważ znajduje się na terenie Izerskiego Parku Ciemnego Nieba, jednego z najlepszych miejsc w Polsce do obserwacji gwiazd.

Ostatni większy podjazd zaprowadził mnie na Polanę Izerską, na wysokości 965 metrów, skąd zjechałem do Świeradowa-Zdroju. To znana miejscowość uzdrowiskowa, popularna także wśród rowerzystów dzięki sieci singletracków i wieży widokowej.

Za Świeradowem odbiłem w prawo i rozpocząłem powrót. Szlak ER-2 prowadzi dalej przez Czechy i Niemcy aż do Zgorzelca, ale tym razem musiałem zakończyć wcześniej. Odcinek do Jeleniej Góry okazał się idealnym finałem wyprawy. Nowy asfalt, niemal zerowy ruch samochodowy i łagodny teren.

To była wymagająca, ale niezwykle satysfakcjonująca wyprawa. Karkonosze i Izery pokazały się z najlepszej strony. Szlak ER-2 nie jest łatwy, szczególnie z bagażem, ale daje ogromną frajdę i poczucie prawdziwej przygody. Jeśli marzy wam się górska trasa z klimatem i bez tłumów, to miejsce zdecydowanie warte uwagi.

Poniżej znajdziecie ślad GPX oraz relację wideo z przejazdu.

Podobne wpisy

  • EuroVelo 10

    Trasa rowerowa EuroVelo 10 to szlak liczący około 8,5 tysiąca kilometrów, biegnący wokół Bałtyku. W Polsce jego fragment znany był wcześniej jako R10, jednak dziś funkcjonuje pod wspólną nazwą całego projektu EuroVelo. Bez wątpienia to jedna z najpopularniejszych tras rowerowych w naszym kraju – i w końcu także nam udało się przejechać jej fragment. Rozpoczęliśmy…

  • Dolina Popradu

    Dowiedzieliśmy się o tej trasie przypadkiem, a okazało się, że jest świetna. To około 60-kilometrowa wycieczka rowerowa Doliną Popradu, z uzdrowiska Krynica-Zdrój do zabytkowego Starego Sącza. Szlak wiedzie przez malownicze miejscowości Beskidu Sądeckiego: Muszynę, fragmentami ścieżki po stronie słowackiej, uzdrowisko Piwniczna-Zdrój, wieś Rytro ze średniowiecznym zamkiem, by w końcu dotrzeć do Starego Sącza. To prawdziwa…

  • Czarnogóra

    Naszą rowerową przygodę w Czarnogórze rozpoczynamy w Podgoricy, stolicy kraju. Kartony, w których przewoziliśmy rowery samolotem, zostawiamy na przechowanie w pensjonacie i ruszamy do centrum – zjeść coś lokalnego i zrobić zakupy przed wjazdem w góry. Szczególnie zależy nam na wodzie, bo podobno wyżej w górach może jej brakować. Podgorica leży pomiędzy rzekami Ribnica i…

  • Beskid Niski

    Beskid Niski to jedno z najdzikszych i najmniej zaludnionych pasm górskich w Polsce. Leży na pograniczu Polski i Słowacji, między Beskidem Sądeckim a Bieszczadami. To region wyjątkowy — urzeka rozległymi dolinami, łagodnymi wzgórzami, łąkami i lasami, w których wciąż można znaleźć ślady dawnych łemkowskich wsi: cerkwie, przydrożne krzyże i cmentarze z czasów I wojny światowej….

  • Velo Soła

    Czterdzieści kilometrów wzdłuż rzeki, beskidzkie krajobrazy i szlak, o którym mówi pół rowerowego internetu. Velo Soła – jedni nazywają ją perełką, inni rozczarowaniem. Wskakujemy na rowery i jedziemy sprawdzić, jak jest naprawdę. Oficjalny początek szlaku znajduje się w parku w Rajczy, tuż obok stacji kolejowej Rajcza Centrum. To duży plus. Pierwsze kilometry naprawdę robią dobre…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *