Beskid Niski to jedno z najdzikszych i najmniej zaludnionych pasm górskich w Polsce. Leży na pograniczu Polski i Słowacji, między Beskidem Sądeckim a Bieszczadami. To region wyjątkowy — urzeka rozległymi dolinami, łagodnymi wzgórzami, łąkami i lasami, w których wciąż można znaleźć ślady dawnych łemkowskich wsi: cerkwie, przydrożne krzyże i cmentarze z czasów I wojny światowej.

To idealne miejsce dla tych, którzy szukają ciszy, spokoju i dzikiej przyrody, z dala od tłumów i komercyjnych szlaków. Rowerowa wyprawa po tej części Karpat to świetna okazja, by odkryć mało znane zakątki — stare cerkwie, drewniane chyże, beskidzkie polany i malownicze przełęcze.

Naszą trasę przez Beskid Niski rozpoczęliśmy w Gorlicach i ruszyliśmy na południowy wschód, zanurzając się w jeden z najbardziej malowniczych i spokojnych zakątków Karpat. W Owczarach, jednej z najsłynniejszych łemkowskich wsi, zobaczyliśmy XVII-wieczną cerkiew Opieki Bogurodzicy — wpisaną na listę UNESCO. Następnie wspięliśmy się na Przełęcz Owczarską (501 m n.p.m.). Długi, ale łagodny podjazd pokonywaliśmy z burzą majaczącą gdzieś w oddali. Za przełęczą, w lesie, rozbiliśmy pierwszy nocleg. W nocy trochę popadało, ale rano przywitała nas piękna pogoda, więc zjechaliśmy w dół do Małastowa, a stamtąd ruszyliśmy w stronę Wołowca.

Wołowiec to niewielka, ale wyjątkowa wieś — z bogatą historią łemkowską, piękną cerkwią Opieki Matki Bożej i niezwykłym klimatem. Mieszka tu znany pisarz Andrzej Stasiuk, który dodatkowo dodaje temu miejscu artystycznego ducha. To świetne miejsce, żeby poczuć prawdziwy klimat Beskidu Niskiego.

Za Wołowcem skończył się asfalt i zaczęła się przygoda w granicach Magurskiego Parku Narodowego. Park chroni bogactwo karpackiej fauny i flory — żyją tu wilki, rysie, niedźwiedzie brunatne, a także liczne ptaki, w tym orlik krzykliwy i bocian czarny. W lasach rosną stare buki, jodły i jawory, a w dolinach można trafić na rzadkie gatunki roślin łąkowych i torfowiskowych. My jechaliśmy tylko obrzeżami parku, ale już tam czuć było dzikość i ciszę. Na trasie kilka razy musieliśmy przejeżdżać przez płytkie brody rzeczne — w upalny dzień to czysta przyjemność ochłodzić się w wodzie. Wokół — spokój, pustka i prawdziwe odludzie.

Po pewnym czasie dotarliśmy do symbolicznych drzwi do wsi Nieznajowa. Te proste, drewniane drzwi stoją samotnie na łące, w miejscu, gdzie kiedyś była tętniąca życiem łemkowska wieś. Przechodząc przez nie, trafiasz w pustą przestrzeń, gdzie tylko wyobraźnia rysuje drewniane domy i ogrody. Na drzwiach wisi tablica z historią wsi i archiwalnymi zdjęciami. To część projektu „Drzwi do zaginionego świata”, który przypomina o wsiach, które zniknęły z mapy. W Beskidzie Niskim jest pięć takich drzwi — może uda nam się jeszcze któreś znaleźć.

Kolejny przystanek to Radocyna. Najpierw zjedliśmy obiad w Ośrodku Wypoczynkowo-Szkoleniowym, gdzie można też wynająć pokój, ale my pojechaliśmy kawałek dalej, do Studenckiej Bazy Namiotowej. Tam, za parę złotych, spaliśmy w dużym namiocie harcerskim. Studenci akurat nie dopisali, więc byliśmy tam niemal sami. Brak zasięgu i internetu pozwala poczuć się jak na obozie z dawnych lat. Sama Radocyna to miejsce, gdzie czas naprawdę się zatrzymał — kiedyś tętniła tu duża łemkowska wieś, dziś została tylko rozległa dolina, kilka starych krzyży i zapomniany cmentarz powoli pochłaniany przez las. Starsi mieszkańcy mówią, że jeszcze długo po wysiedleniu Łemków słychać tu było dzwony z nieistniejącej cerkwi.

Nazajutrz ruszyliśmy dalej. Niedaleko Radocyny natknęliśmy się na kolejne drzwi do nieistniejącej wioski — tym razem była to wieś Długie. Pod koniec XIX wieku stało tu 36 gospodarstw, w których żyło 247 osób. Po wojnie, w 1945 roku, wszyscy mieszkańcy wyjechali — część dobrowolnie, część pod przymusem — na tereny dzisiejszej Ukrainy. Dziś Długie to pusta, cicha dolina.

Przez Wyszowatkę i Grab znów wjechaliśmy w granice Magurskiego Parku Narodowego. Spotkaliśmy turystów pieszych, którzy musieli zawrócić ze szlaku z powodu niedźwiedzicy z małymi — strażnik parku kazał im wracać, żeby uniknąć spotkania z niedźwiedziami. Tak, tutaj naprawdę jest dziko! My jechaliśmy pustą, asfaltową drogą, na którą wjazd samochodem jest możliwy tylko z zezwoleniem. Po drodze minęliśmy punkt widokowy na dolinę Ciechani — kiedyś była tu wieś, dziś dolina należy do parku i jest dostępna tylko w weekendy, pod opieką strażnika.

Minęliśmy nieistniejącą wieś Żydowskie, opuściliśmy park i dotarliśmy do Krempnej. Ten odcinek był jednym z najpiękniejszych fragmentów całej trasy. W Krempnej zapytaliśmy przypadkowego mieszkańca o pole namiotowe, a starszy pan zaprosił nas na nocleg u siebie — spaliśmy w altance na jego działce. Rewelacyjna miejscówka i wspaniałe zakończenie dnia!

Następnego dnia odwiedziliśmy cerkiew w Krempnej, potem ruszyliśmy wygodną drogą do Polan, gdzie zrobiliśmy zakupy i zajrzeliśmy do kolejnej cerkwi, która dziś pełni funkcję kościoła. Następnie przez malownicze tereny dotarliśmy do Iwli, a potem do Dukli, gdzie zjedliśmy obiad na rynku. Dalej, za Jesionką, rozbiliśmy namiot na noc w małym lasku w okolicach Lubatowej.

Rano zjechaliśmy do Lubatowej, a potem czekał nas stromy podjazd — około 200 metrów w pionie — na punkt widokowy z przepiękną panoramą okolicy. Dalej zjechaliśmy do Bałucianki, gdzie odwiedziliśmy cerkiew Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy. Kolejny przystanek to Rymanów — spokojne miasteczko słynące z uzdrowiska i starych, drewnianych willi. W okolicy biją źródła wód mineralnych, a park zdrojowy kusi, by na chwilę zejść z roweru i pospacerować w cieniu drzew.


Za Rymanowem dotarliśmy do Wróblika Szlacheckiego, skąd wsiedliśmy w pociąg i wróciliśmy do Gorlic, gdzie czekał na nas samochód.
Podsumowując: Beskid Niski to doskonały kierunek na rowerowe przygody. Spokój, brak tłumów, dzikie tereny, piękne widoki i historia na wyciągnięcie ręki. Ciekawe trasy i mnóstwo okazji do odkrywania nieznanych miejsc. Polecamy każdemu, kto kocha ciszę, przygodę i rower.
Poniżej znajdziecie naszą trasę w formacie GPX i relację wideo. 🚴♂️🌲✨
