Islandia od dawna chodziła nam po głowie jako kierunek rowerowej wyprawy. Surowa przyroda, wulkany, lodowce i miejsca, gdzie natura wciąż rozdaje karty – trudno o lepszą scenerię do podróży na dwóch kołach. Tym razem wybraliśmy południowo-zachodnią część wyspy i trasę inspirowaną słynnym Złotym Kręgiem, wzbogaconą o mniej oczywiste przystanki i noclegi pod namiotem.
Po wylądowaniu w Keflaviku szybko przekonaliśmy się, że Islandia jest przyjazna rowerzystom. Na lotnisku działa Bike Pit, gdzie można bez problemu zostawić kartony po rowerach. Są też skrytki bagażowe, choć ich ceny skutecznie zniechęcają żeby z nich skorzystać

Przylecieliśmy późnym wieczorem więc od razu pojechaliśmy znaleźć jakieś miejsce na noc ale słowo „noc” traci tu sens. Pod koniec lipca słońce niemal nie znika – przez całą dobę jest jasno, a zmrok to tylko krótka chwila gdzieś między 23 a 3 rano.
Zanim ruszyliśmy dalej, zajrzeliśmy do portu w Keflaviku. W klifie nad mariną ukryta jest jaskinia Giganta – niewielka, bajkowa atrakcja inspirowana islandzkimi książkami dla dzieci. Krótki postój, darmowy wstęp i dobry sposób na spokojny początek dnia.

Dalej obraliśmy kurs na Reykjavik, trzymając się bocznych dróg wzdłuż wybrzeża. Pogoda była… islandzka. Chłodno, wietrznie i momentami mokro, ale krajobraz rekompensował wszystko. Szczególnie rzucały się w oczy fioletowe łubiny, które latem masowo kwitną wzdłuż dróg. Choć są rośliną inwazyjną i Islandczycy nie pałają do nich sympatią, wizualnie robią przyjemne wrażenie.

Reykjavik okazał się miastem niewielkim, ale ciekawym. To najmniejsza stolica Europy i jednocześnie największe miasto Islandii – około 130 tysięcy mieszkańców, czyli tyle, co nasze rodzinne Tychy. Zatrzymaliśmy się na kempingu w centrum miasta. Cena? Około 3000 koron za osobę czyli jakieś 100 PLN.
Już tutaj widać, że Islandia potrafi mocno nadwyrężyć budżet. Jedzenie w restauracjach, alkohol, a nawet zwykłe zakupy są wyraźnie droższe niż w Polsce. Bez gotowania na własną rękę i planowania wydatków szybko może zabraknąć funduszy.

Pierwszy prawdziwy punkt Złotego Kręgu to Park Narodowy Þingvellir. To miejsce wyjątkowe pod każdym względem. Leży dokładnie na styku płyty północnoamerykańskiej i eurazjatyckiej – wąwóz Almannagjá pozwala dosłownie przejść między kontynentami.
To również kolebka islandzkiej państwowości. Już w 930 roku obradował tu parlament, uznawany za jeden z najstarszych na świecie. Do tego krystalicznie czysta woda w szczelinach tektonicznych – najsłynniejsza Silfra przyciąga nurków z całego globu. Całość domyka wodospad Öxarárfoss, owiany lokalnymi legendami.

Kolejny przystanek to dolina Haukadalur – geotermalne serce Islandii. Choć Wielki Geysir jest dziś niemal nieaktywny, jego sąsiad Strokkur regularnie daje spektakl natury, wyrzucając wrzącą wodę co kilka minut. Para, zapach siarki i bulgocząca ziemia przypominają, że pod stopami wciąż pracuje magma.

Zaledwie kilka kilometrów dalej czeka Gullfoss – jeden z najbardziej imponujących wodospadów Islandii. Dwie potężne kaskady rzeki Hvítá spadają do wąskiego kanionu, tworząc huk słyszalny z daleka. Przy dobrej pogodzie nad wodospadem często pojawia się tęcza, co tylko potęguje wrażenie.

Po intensywnym dniu skręciliśmy z głównej trasy w stronę Flúðir, żeby odwiedzić Hrunalaug – niewielkie, naturalne gorące źródło. Dawniej służyło mieszkańcom do prania i kąpieli, dziś jest kameralnym miejscem relaksu. Woda o temperaturze około 38-40°C działała jak najlepsze spa po całym dniu jazdy.

Wreszcie pogoda zaczęła współpracować. Jazda wzdłuż Þjórsá, najdłuższej rzeki Islandii, była czystą przyjemnością. To rzeka lodowcowa, a okolica w pełnym słońcu wyglądała bajecznie. Na Islandii nawet przy 17°C potrafi zrobić się naprawdę gorąco – czyste powietrze i mocne promieniowanie robią swoje.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy Hjálparfoss – wodospadzie, gdzie dwa strumienie łączą się w jednym basenie, otoczonym czarnymi bazaltowymi skałami uformowanymi przez erupcje wulkanu Hekla.

Islandia lubi wystawiać podróżników na próbę. Kolejny dzień przywitał nas deszczem i zimnem. W trakcie jazdy zatrzymał się przy nas Islandczyk, który zaproponował podwózkę do Selfoss. Ciepłe słowo, piwo i suchy samochód – takie spotkania zapamiętuje się na długo.
Mimo pogody pojechaliśmy do doliny Reykjadalur, znanej z gorącej rzeki. Kąpiel w wodzie o temperaturze około 40°C, przy padającym deszczu, była jednym z najbardziej klimatycznych momentów całej wyprawy.

Jednym z ciekawszych noclegów były klify Krýsuvíkurberg – potężne ściany ciemnej skały opadające prosto do Atlantyku. Fale rozbijające się poniżej, ptaki krążące nad głową i idealna pogoda sprawiły, że był to jeden z tych noclegów, które zostają w pamięci na zawsze.

Na koniec jeszcze Krýsuvík-Seltún i jezioro Kleifarvatn – głębokie, tajemnicze i z przepięknymi widokami przy dobrej pogodzie. Miła niespodzianka na zakończenie podróży przez ten wulkaniczny kraj.




Nasza rowerowa przygoda po Islandii udała się znakomicie. Było mokro, zimno, wietrznie – ale też słonecznie, ciepło i absolutnie zachwycająco. Krajobrazy Islandii robią piorunujące wrażenie, szczególnie gdy zza chmur wyjrzy słońce co niestety nie zdarza się zbyt często. Islandia to kraj kontrastów, który z perspektywy roweru smakuje jeszcze lepiej. Jeśli marzy wam się wyprawa, która Was sponiewiera ale i nagrodzi za wytrwałość – trudno o lepsze miejsce.
Poniżej znajdziecie ślad gpx z naszej trasy do pobrania i relację video.
