Albania

Ta podróż miała być po prostu fajną rowerową przygodą. Ale Albania… Albania szybko pokazała, że będzie z tego coś więcej. Bo kiedy pedałujesz przez serpentyny w Górach Przeklętych, kąpiesz się w górskiej rzece pod gołym niebem, szukasz noclegu po ciemku i trafiasz na przystanek autobusowy obok cmentarza – zaczynasz czuć, że to nie jest zwykła wycieczka. To jest opowieść, którą będziemy wspominać latami.

Wjechaliśmy do Albanii od strony Czarnogóry, przez granicę w Cijevnie. Formalności załatwione błyskawicznie, a zaraz potem – bach – podjazd z 250 na 750 metrów. Droga nowiutka, asfalt gładki jak stół, serpentyny wiją się przed nami jak wstążka porzucona na zboczu góry. Pięknie, ale też późno. Na szczyt wjeżdżamy już po zmroku. Zmęczeni, z głodem w brzuchu, lądujemy w kawiarence. Coś tam się dało przekąsić, ale nic konkretnego. Czas znaleźć jakiś nocleg.

Miejscówka wydawała się idealna, ale rano dowiadujemy się od kierowców busów, którzy musieli omijać nasze namioty że rozbiliśmy się na takiej małej pętli autobusowej. Śmiech, machnięcie ręką – nikt nie ma pretensji. A zaraz obok cmentarz. No cóż, bywa. Tak się właśnie nocuje, kiedy rozbijasz się po ciemku.

Rano śniadanie, kawa, zakupy i wymiana waluty w lokalnym sklepiku. Potem szybki zjazd piękną trasą. Asfalt sunie pod kołami, wiatr w uszach a w dole, w oddali widać jezioro Szkoderskie. Po zjeździe i krótkiej przerwie w przydrożnej restauracji, trafiamy na pierwszy albański bunkier. Ale nie taki zwykły – ktoś przerobił go na studio tatuażu. Klimat trochę postapokaliptyczny, trochę artystyczny, ale na pewno bardzo ciekawe doświadczenie.

W Kopliku robimy większe zakupy i kombinujemy, jak ograć czas. Po podliczeniu dni wychodzi nam, że jeden by się przydał w zapasie. Wynajmujemy więc busa i podjeżdżamy do Boge, jakieś 30km, żeby nie gonić. Kemping tam – petarda. Ciepła woda, pralka, spokój i piękne widoki. Rano ruszamy w stronę przełęczy – 1700 m n.p.m. Droga zachwyca. A po drodze – ostrężyny. Całe krzaki! Zatrzęsienie słodkich, dorodnych ostrężyn. Przystanki robimy częściej niż planowaliśmy, ale nikt nie narzeka.

Zjazd z przełęczy do Theth to jedno z tych przeżyć, które zostają na dłużej w pamięci. Widoki jak z katalogu, droga gładka, ciepłe światło późnego popołudnia. Jakieś 20km zjazdu i 1000m w dół.  Wioska długo była niemal odcięta od świata, ale teraz można tu znaleźć pensjonaty, sklepy i – co dla nas najważniejsze – restaurację. Obiad, zdjęcia, wizyta przy pocztówkowym kościółku, który jest często widoczny na folderach promujących Albanię. No i te niesamowity góry wokół. Świetne miejsce.

Opuszczając Theth, jechaliśmy wzdłuż rzeki przez wąską dolinę, mając po jednej stronie skalną ścianę, a po drugiej majestatyczne szczyty. Po drodze udało się nawet pospawać pęknięte siodełko dzięki pomocy pracowników małej elektrowni – spawacz naprawił siodło ekspresowo a zapłaty z uśmiechem odmówił. Czysta, bezinteresowna pomoc. Cała dolina Theth to jeden z najpiękniejszych odcinków całej wyprawy.

Potem długi odcinek szutru, zero ludzi. Aż tu nagle – knajpka na totalnym jak by się wydawało odludziu. Kupujemy po piwku i coli, i jedziemy dalej nad rzekę, gdzie rozbijamy obóz. Wieczorna kąpiel i huk wody, który kołysze do snu lepiej niż jakakolwiek kołysanka.

Następny dzień – ostatni poważny podjazd. 900 metrów w pionie. Słońce grzeje, nogi bolą, czasem jest tak stromo, że rowery trzeba podprowadzić, ale ostrężyny znów są z nami. Darmowe, owocowe przekąski.  Tuż pod przełęczą – kawiarnia i pole namiotowe. Kawa i croissant w takim miejscu smakują jak najlepsze śniadanie w hotelu pięciogwiazdkowym. Ale chcemy spać wyżej – z widokiem. Niestety, przełęcz nie daje warunków. Zjeżdżamy jakieś 10 km, aż trafiamy na pastwisko. Dwa białe konie patrzą na nas jak na kosmitów, ale pozwalają się rozbić. Nocą pada, ale poranek budzi nas słońcem.

Zjazd z tej strony wygląda zupełnie inaczej – soczysta zieleń, wilgoć, kałuże, klimat jak z dżungli. Ale to właśnie kochamy – zmienność, niespodzianki, kontakt z naturą.

Zjeżdżamy do Prekal, a potem asfaltem jakieś 15km wzdłuż rzeki. Następnie odbijamy w stronę jeziora Koman. Docieramy wieczorem, namioty już stoją, kiedy zaczyna się burza. Noc niespokojna, burza za burzą i solidne opady deszczu powodowały lekki niepokój o wytrzymałość namiotów. Rano wydawało się, że to już koniec deszczów, ale ledwo zaczęliśmy się pakować, kolejna ulewa. Skończyło się na tym, że zostaliśmy w tym miejscu kolejną noc, bo nie szło się zebrać. Następny poranek słońce i gdyby nie pozostałości po opadach to trudno byłoby uwierzyć, że mieliśmy tu armagedon.

Jedziemy dalej, wpadamy jeszcze do restauracji Sarda nad jeziorem – można tu wypożyczyć łódki i popływać po malowniczym jeziorze Koman. Potem przez Rragam i Shkoder jedziemy nad Adriatyk. Celu naszej wycieczki.  Velipoje wita nas pustkami – wrzesień to już koniec sezonu. Kurort praktycznie całkowicie opustoszały. Idealne miejsce na spokojny finał wyprawy. Plaża, chłodny wiatr, wieczorny chillout na plaży. Przyjemnie spędziliśmy sobie ostatnie chwile w Albanii.

Ale Albania nie byłaby sobą, gdyby nie zafundowała nam jeszcze jednej przygody. Kierowca, który miał zawieźć nas do Podgoricy, na granicy z Czarnogórą mówi, że… zapomniał paszportu i musi nas tu wysadzić 😊. No to rowery w ruch – ostatnie 30 km zrobione na własnych nogach. I dobrze – dzięki temu historia domknęła się tak, jak powinna: z niespodzianką, uśmiechem i satysfakcją, że daliśmy radę.

Albania jest dzika, górzysta, nieprzewidywalna i piękna w najczystszy możliwy sposób. To kraj stworzony do rowerowych przygód – z widokami, które zostają w pamięci, i ludźmi, których dobroć potrafi wzruszyć.

Polecamy każdemu, kto szuka czegoś więcej niż asfaltowej ścieżki rowerowej – kto lubi się trochę zmęczyć, czasem zmoknąć, ale przede wszystkim – przeżyć coś wyjątkowego.

Podobne wpisy

  • Szlak Liczyrzepy

    Są takie trasy, które kiełkują w głowie powoli. Najpierw jako luźna myśl, potem jako plan, aż w końcu zamieniają się w konkretną datę w kalendarzu. Dla mnie jedną z nich był Szlak ER-2, znany także jako Szlak Liczyrzepy. To około 160 kilometrów jazdy przez Karkonosze i Góry Izerskie, z najwyższym punktem na wysokości 1061 metrów…

  • Beskid Niski

    Beskid Niski to jedno z najdzikszych i najmniej zaludnionych pasm górskich w Polsce. Leży na pograniczu Polski i Słowacji, między Beskidem Sądeckim a Bieszczadami. To region wyjątkowy — urzeka rozległymi dolinami, łagodnymi wzgórzami, łąkami i lasami, w których wciąż można znaleźć ślady dawnych łemkowskich wsi: cerkwie, przydrożne krzyże i cmentarze z czasów I wojny światowej….

  • Czarnogóra

    Naszą rowerową przygodę w Czarnogórze rozpoczynamy w Podgoricy, stolicy kraju. Kartony, w których przewoziliśmy rowery samolotem, zostawiamy na przechowanie w pensjonacie i ruszamy do centrum – zjeść coś lokalnego i zrobić zakupy przed wjazdem w góry. Szczególnie zależy nam na wodzie, bo podobno wyżej w górach może jej brakować. Podgorica leży pomiędzy rzekami Ribnica i…

  • Islandia

    Islandia od dawna chodziła nam po głowie jako kierunek rowerowej wyprawy. Surowa przyroda, wulkany, lodowce i miejsca, gdzie natura wciąż rozdaje karty – trudno o lepszą scenerię do podróży na dwóch kołach. Tym razem wybraliśmy południowo-zachodnią część wyspy i trasę inspirowaną słynnym Złotym Kręgiem, wzbogaconą o mniej oczywiste przystanki i noclegi pod namiotem. Po wylądowaniu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *