Naszą rowerową przygodę w Czarnogórze rozpoczynamy w Podgoricy, stolicy kraju. Kartony, w których przewoziliśmy rowery samolotem, zostawiamy na przechowanie w pensjonacie i ruszamy do centrum – zjeść coś lokalnego i zrobić zakupy przed wjazdem w góry. Szczególnie zależy nam na wodzie, bo podobno wyżej w górach może jej brakować.

Podgorica leży pomiędzy rzekami Ribnica i Morača, u podnóża Gór Dynarskich, zaledwie 40 km od wybrzeża Adriatyku. Miasto samo w sobie nie zachwyca, ale załatwiamy, co trzeba i ruszamy. Przed nami ok. 60 km podjazdu – zaczynamy na wysokości ok. 50 m n.p.m., a celem jest 1750 m. Tego dnia udaje się osiągnąć jakieś 300 m i rozbijamy się na zarośniętej polance. Noc mija spokojnie, ale jeszcze przed świtem muszę wyjść do toalety. Wszędzie krzaki, więc kieruję się w stronę drogi, którą jechaliśmy – może tam będzie lepiej. W nocy i tak przecież nic nie jeździ… no właśnie, pech chciał, że nagle na pustej drodze pojawia się samochód. Policja. Zatrzymują się i zaczynają mnie przepytywać – co robię, skąd jestem, dokąd idę. Wiedzieliśmy, że w Czarnogórze biwakowanie na dziko jest zabronione, i przez ten niefortunny zbieg okoliczności już na starcie mogliśmy się wpakować w kłopoty przez moją nierozwagę. No po prostu dramat. Na szczęście policjanci puścili mnie wolno, nie drążyli tematu i pojechali dalej.

Nazajutrz po śniadaniu ruszamy dalej – wspinamy się eleganckim asfaltem. Już od rana robi się ciepło, a po południu będzie grubo ponad 30 stopni. Po drodze mijamy ogromny napis na murze: „Kiedy wrócą wojska do Kosowa?”. Jesteśmy na Bałkanach i wiadomo, z czym to się wiąże, ale politykę zostawiamy z boku.

Na mapie mamy zaznaczoną jakąś kafejkę – jedziemy sprawdzić. Jest zamknięta, ale za to jest woda, stół i ława. Idealne miejsce na obiad, drobne pranie i uzupełnienie zapasów – susza wszędzie, a bez wody ani rusz. Po odpoczynku ruszamy dalej – Góry Dynarskie wokół robią się coraz ciekawsze. Co jakiś czas mijamy pojedyncze domy, rozglądając się za sklepikiem. I w końcu – w miejscu, gdzie się tego zupełnie nie spodziewaliśmy – trafiamy na małą knajpkę. Można zrobić zakupy i napić się piwa. Rewelacja.

Niedaleko od tego miejsca rozbijamy kolejny obóz – na wysokości około 1100 m. Noc spokojna, choć chłodna i wilgotna. Rano suszymy sprzęt i ruszamy dalej. Krajobrazy w tej części gór są niesamowite. W pewnym momencie podczas odpoczynku – chyba wyglądaliśmy jak ofiary upału i zostaliśmy zaproszeni do domu przez panią Ilonę. Okazało się, że wraz z mężem i dwójką dzieci spędzają lato w górach, a zimą zjeżdżają do Podgoricy. W sumie jesteśmy od stolicy tylko jakieś 35 km więc nie mają daleko, ale my już trzeci dzień 😊. Pani Ilona poczęstowała nas sokiem, chlebem i serem – wszystko domowej roboty. Na pożegnanie jeszcze kieliszek rakii. Bezinteresowna gościnność – piękne.

Widoki po rakii (albo nie tylko) zaczynają zachwycać jeszcze bardziej. Jedziemy trawersem, a po lewej stronie rozpościera się przepiękna dolina. Asfalt jak marzenie, bez większej wspinaczki – jedzie się cudownie. Wkrótce docieramy w okolice Bukumirsko Jezero – na mapie oznaczone jako atrakcja turystyczna. Żeby tam dotrzeć, trzeba odbić z trasy około kilometr. Decydujemy się, bo przy jeziorku zaznaczony jest bufet.

Zjeżdżamy z asfaltu i docieramy do „bufetu„, który okazuje się zamkniętym kontenerem… ale drzwi są otwarte, a w środku lodówka z napojami. Zastanawiamy się chwilę, czy możemy się poczęstować. Zdania były podzielone, ale w końcu wypiliśmy lokalne piwo i zostawiliśmy należność w lodówce. Po obiedzie jedziemy jeszcze nad jezioro – zdecydowanie warto było odbić z trasy.

Wracamy na główną drogę i zaczynamy się ostro wspinać. W pewnym momencie kończy się asfalt i zaczyna kamienista, wymagająca droga. Jechało się ciężko, ale napędzała nas myśl o przełęczy na 1763 m, gdzie chcieliśmy nocować. Miejsce okazało się jednym z najpiękniejszych biwaków w życiu – widok na Góry Przeklęte w Albanii dosłownie zapierał dech. Rano mimo zmęczenia idziemy jeszcze na lokalne wzgórze, by zobaczyć wschód słońca – choć niebo było zachmurzone, nie żałujemy.


Po śniadaniu i zwinięciu namiotu ruszamy trudnym, stromym zjazdem do uroczej wioski Donji Rikavac. Kilka domów i zaraz za nią zaczyna się kolejny podjazd – tym razem jeszcze wyżej, bo na 1850 m n.p.m. Ostatnie 2 km trzeba było pchać rowery, ale radość na szczycie i fotki wynagradzają trud.


Potem długi, przyjemny zjazd – 11 km do miejscowości Korita, gdzie w restauracji „Cikago” najadamy się jak trzeba i robimy zakupy. Dalej znów w dół – nowiutkim asfaltem 10 km i 500 m w dół do Delaj. Tam znajduje się Statua Chrystusa Odkupiciela i ogromny krzyż. Obok biegnie pieszy szlak 800 m w dół do doliny – chcemy nim zejść z rowerami i zaoszczędzić 40 km objazdu. Niestety, po inspekcji stwierdzamy, że zejście jest zbyt strome i niebezpieczne. Nie ma szans z rowerami.

Szukamy więc noclegu i planujemy rano ruszyć objazdem. 40 km więcej, ale droga wygląda dobrze – może zajmie tylko dwie godziny. Niestety, po kilku kilometrach asfalt się kończy, a zaczyna się fatalny, kamienisty odcinek. Jedziemy z trudem. Kolce krzewów zostawiają ślady na rękach i nogach, a Robertowi rozrywa się sakwa – trzeba ją łatać taśmą. Na szczęście to nie trwało długo i znów jesteśmy na asfalcie. Zjeżdżamy do rzeki, zatrzymujemy się w restauracji i spędzamy cudowną godzinę w chłodnej, górskiej wodzie – coś niesamowitego po tych zmaganiach. Dalej już główną, ale całkiem widokową drogą kierujemy się do granicy z Albanią.


Czarnogóra nas oczarowała. Choć wcześniej analizowaliśmy trasę i czytaliśmy relacje, rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Piękne, dzikie góry, malownicze widoki i brak turystów – to na pewno zapamiętamy. Serdecznie polecamy!
Poniżej nasza trasa do pobrania w formacie GPX i relacja wideo. Pozdro!
