Alpe Adria

Przed nami szlak Alpe-Adria. Jeden z najpiękniejszych szlaków rowerowych w Alpach, prowadzący z Salzburga w Austrii do Grado nad Adriatykiem we Włoszech.

Auto zostawiamy na parkingu miejskim ok. 5 km od centrum Salzburga. Składamy rowery i ruszamy na plac Mozarta, skąd oficjalnie zaczyna się trasa Alpe-Adria. Po około pół godzinie jesteśmy na miejscu. Robimy mały rekonesans po mieście – tutaj urodził się, dorastał i zaczął komponować jeden z największych kompozytorów świata. Salzburg to barokowe, klimatyczne miasto u podnóża Alp. Aż chciałoby się zostać dłużej, ale ruszamy w trasę.

Ledwo wyjechaliśmy z miasta, a kapuśniaczek który na początku straszył, zmienił się w ulewę. Robi się późno, więc zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg. Wbijamy się do małego lasku, ale witają nas tam tablice zakazujące wszystkiego: nie wolno schodzić z głównej ścieżki, zbierać grzybów, a za rozbicie namiotu grozi kara śmierci. Nie ryzykujemy. Wycofujemy się w stronę najbliższego kempingu, oddalonego o ok. 10 km. Docieramy tam całkowicie przemoczeni i rozbijamy namioty. Podczas tej czynności pęka mi pałąk, więc spędzam dodatkowe minuty na deszczu, naprawiając go. Ciekawy początek wyprawy. W końcu pakuję się do namiotu, przemoczony do suchej nitki.

Rano pogoda się poprawia – przestaje padać. Składamy obóz, jemy śniadanie i ruszamy. Wreszcie możemy podziwiać otaczające nas Alpy. Jedziemy równiutką, asfaltową ścieżką rowerową wzdłuż rzeki Salzach, która będzie nam towarzyszyć przez kolejnych 100 km. Wokół skaliste góry, zielone dolinki, pastwiska z przystrzyżoną trawą, malownicze wioski i miasteczka – wszystko jak z pocztówki. Choć byłoby lepiej gdyby była lepsza pogoda.

Przed miejscowością Werfen mijamy średniowieczny zamek warowny Hohenwerfen, położony na skale. Można tam dojść szlakiem pieszym lub wjechać kolejką. My przejeżdżamy obok niego, ale nawet z dystansu robi wrażenie. W samym Werfen zatrzymujemy się, bo Wojtek zauważa stację ładowania rowerów elektrycznych – dla nas nowość. W Polsce ich jeszcze nie widzieliśmy. Umieszczona przy knajpie, pozwala w trakcie posiłku podładować elektryka. Znak czasów.

Docieramy do Bischofshofen, znanego z Turnieju Czterech Skoczni. Miasteczko jak wszystkie dotąd – urokliwe. Ośrodek sportowy jest poza trasą, ale postanawiamy do niego podjechać. To tutaj nasze Orły wielokrotnie triumfowały. Na miejscu czeka nas rozczarowanie – bez śniegu, kibiców i atmosfery, skocznia wygląda blado. Do tego ponure niebo. Ruszamy dalej.

Szukamy noclegu na dziko, ale bez skutku. Trafiamy za to na bardzo fajny i tani kemping. Spokojna noc, a rano pogoda jak marzenie. Idealnie – bo dziś zjeżdżamy ze szlaku i próbujemy zdobyć najwyższą utwardzoną przełęcz w Austrii – Hochtor (2504 m). Alpe-Adria prowadzi głównie dolinami i wjeżdża maksymalnie na 1200 m, a my chcemy więcej wrażeń. Pogoda wcześniej była niepewna, więc plan stał pod znakiem zapytania. W dodatku przy złych warunkach rowerzyści nie są tam wpuszczani.

Ruszamy w kierunku Zell am See – kurortu położonego nad jeziorem. Miejsce to słynie z możliwości jazdy na nartach przez cały rok, ale nas to nie interesuje. Robimy „pasta party” – wielka wyżerka makaronu, żeby się naładować. Potem znów pada. Docieramy na kemping u podnóża GroßglocknerHochalpenstraße – drogi prowadzącej do przełęczy. Kemping zaskakująco pełny – wszyscy czekają na okno pogodowe. Spotykamy Polaka, który czeka już trzeci dzień.

Rano mamy szczęście – pogoda jest wyśmienita. Mgła zasłania dolinę, ale po siódmej zaczyna opadać, ukazując majestat Alp. Pakujemy mokry ekwipunek i ruszamy w górę. Od kempingu zaczyna się konkretny podjazd. Po jakimś czasie dojeżdżamy do bramek – droga płatna, ale rowerzyści wjeżdżają za darmo. Großglockner-Hochalpenstraße to atrakcja turystyczna z 36 zakrętami i widokiem na najwyższy szczyt Austrii – Großglockner (3798 m). Ruch ogromny – rowerzyści, motocykliści, samochody. Tylko my z sakwami.

Wjeżdżamy i zaczyna się prawdziwa wspinaczka. 12% nachylenia przez 20 km. Robimy przerwy co 100 m w pionie. Pot leje się z nas, słońce grzeje. Na 1900 m obiad i suszenie sprzętu po wczorajszym deszcu. Po przerwie ruszamy dalej. Docieramy na przełęcz Fuscher Törl (2428 m). Chwila radości, ale musimy zjechać 200 m i dopiero wtedy zdobywać Hochtor.

Jest już 17:00. Jesteśmy na trasie od 9 godzin. Zaciskamy zęby i ruszamy. Po 18:00 zdobywamy Hochtor Pass – 2504 m n.p.m. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Pamiątkowe zdjęcia, filmik, ubrania na zjazd. W dół – długi, malowniczy zjazd w zachodzącym słońcu. Bajka.

Na kemping docieramy o 21:00. Rozbijamy namioty, kąpiel, kolacja i spać. Rano pogoda nadal dobra, choć pojawiają się chmury. Pakujemy się i ruszamy. Mimo zmęczenia czujemy się nieźle – spaliśmy 10 godzin. Od teraz nie będzie już wyczerpujących podjazdów. Za kilkadziesiąt kilometrów wracamy na szlak Alpe-Adria i ruszamy spokojnie w stronę Adriatyku.

Zanim jednak wróciliśmy na trasę, prawie cały dzień jedziemy w dół piękną doliną, asfaltową ścieżką rowerową. Pastwiska, domki jak z bajki, świetna pogoda. Austria w tym rejonie to raj – niemal bez turystów. Tego wieczora postanawiamy spać na dziko. Znajdujemy mały lasek, rozbijamy namioty w konspiracji. Rano zostawiamy miejsce w nienaruszonym stanie – jak zawsze. Zachęcam do tego każdego biwakowicza.

Kolejny dzień podobny: łąki, pastwiska, góry, malownicze wsie i miasteczka. Przyjemna jazda w dół. W okolicach Villach chcemy odbić do centrum, ale przegapiamy zjazd i nie chce nam się wracać. W Austrii sklepy czynne są krótko – do 19:00, a w niedziele wszystko zamknięte, nawet stacje paliw. Zakupy robimy w Billi za miastem. Nocujemy znów na dziko – w lasku nad rzeką.

Następnego dnia delikatny podjazd – zbliżamy się do granicy z Włochami. Po przekroczeniu granicy wjeżdżamy na odcinek, który jest wizytówką Alpe-Adrii – poprowadzony dawną linią kolejową. Tunele, mosty, widoki – bajka. Restauracje w dawnych stacjach kolejowych serwują pizzę i wino. Trasa łagodna, bez ostrych podjazdów. 60 km czystej przyjemności. Niestety – nagle się kończy i wjeżdżamy na główną drogę.

Alpy zostają za nami. Wjeżdżamy w Nizinę Wenecką – mniej atrakcyjną, choć nadal ładną. W okolicach Udine krajobraz się urbanizuje. Szlak zaczyna wić się bez sensu, więc kierujemy się prosto do Grado. Pogoda się psuje. Rozbijamy namioty za polem kukurydzy – miejsce osłonięte od wzroku. Spędzamy tam całą dobę, bo cały czas pada.

Myśleliśmy, że zostaniemy na kolejną noc, ale o 15:00 przestaje padać. Ruszamy do Grado. O 19:00 jesteśmy na miejscu. Zakupy, poszukiwanie kempingu – udaje się dopiero o 21:00. Najgorszy na trasie, zatłoczony. Ale radość z dotarcia do celu wszystko wynagradza. Jeszcze wieczorny spacer po mieście połączony z degustacją lokalnego wina i kolacją, by uczcić zakończenie wyprawy.

Następnego dnia – znów deszcz. Spędzamy niemal cały dzień w namiocie, wypoczywamy. Wieczorem poprawa pogody, jedziemy do miasta na zakupy i organizujemy powrót. W Grado kursuje specjalny autobus z bagażnikiem rowerowym, ale we wrześniu jeździ tylko w weekendy. Decydujemy się więc wrócić rowerami do Udine. Rano plażowanie, potem ruszamy. W Udine wsiadamy w autobus do Villach, a stamtąd pociągiem do Salzburga.

Było świetnie. Polecamy tę trasę każdemu, kto chce przejechać jedną z najpopularniejszych i najpiękniejszych tras w Europie. Alpe-Adria ma ok. 400 km i dzieli się na 8 etapów, ale można je oczywiście dowolnie modyfikować. Trasa nie jest zbyt wymagająca (pomijając Hochtor), a bogata baza noclegowa sprawia, że może ją przejechać każdy. Więcej wrażeń i informacje praktyczne znajdziesz w naszym filmie.

Podobne wpisy

  • Donauradweg

    Donau Radweg Rowerowa trasa wzdłuż Dunaju (Donauradweg) to jedna z najsłynniejszych ścieżek rowerowych w Europie. Prowadzi przez dziesięć krajów, od źródeł w Niemczech aż po deltę w Rumunii, a jej najbardziej znany fragment biegnie przez Austrię – i właśnie tę część postanowiliśmy pokonać z sakwami i namiotem. Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy w miejscowości Enns, dokąd dotarliśmy…

  • Czarnogóra

    Naszą rowerową przygodę w Czarnogórze rozpoczynamy w Podgoricy, stolicy kraju. Kartony, w których przewoziliśmy rowery samolotem, zostawiamy na przechowanie w pensjonacie i ruszamy do centrum – zjeść coś lokalnego i zrobić zakupy przed wjazdem w góry. Szczególnie zależy nam na wodzie, bo podobno wyżej w górach może jej brakować. Podgorica leży pomiędzy rzekami Ribnica i…

  • Albania

    Ta podróż miała być po prostu fajną rowerową przygodą. Ale Albania… Albania szybko pokazała, że będzie z tego coś więcej. Bo kiedy pedałujesz przez serpentyny w Górach Przeklętych, kąpiesz się w górskiej rzece pod gołym niebem, szukasz noclegu po ciemku i trafiasz na przystanek autobusowy obok cmentarza – zaczynasz czuć, że to nie jest zwykła…

  • Islandia

    Islandia od dawna chodziła nam po głowie jako kierunek rowerowej wyprawy. Surowa przyroda, wulkany, lodowce i miejsca, gdzie natura wciąż rozdaje karty – trudno o lepszą scenerię do podróży na dwóch kołach. Tym razem wybraliśmy południowo-zachodnią część wyspy i trasę inspirowaną słynnym Złotym Kręgiem, wzbogaconą o mniej oczywiste przystanki i noclegi pod namiotem. Po wylądowaniu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *